Tytuł oryginału: Fallen Gods
Cykl: Upadek bogów [1]
Autor: Rachel Van Dyken
Wydawnictwo: HYPE
Ilość stron: 528
Gatunek: fantastyka, fantasy, urban fantasy, romantasy
Mówili, że bogowie to mit. Że giganci są tylko bohaterami opowieści snutych przy dogasających ogniskach. Kłamali. Bogowie nie umarli – jedynie śpią, uwięzieni w śmiertelnych ciałach, rozproszeni po całym świecie i czekający na iskrę, która ich przebudzi. A mój ojciec jest najbardziej bezwzględny z nich wszystkich. Nauczył mnie posłuszeństwa. Przelewania krwi. Tego, bym w odpowiedniej chwili stała się jego bronią. Teraz wysyła mnie na Uniwersytet Endiru – miejsce pełne potomków pradawnych rodów i zabójczych sekretów – żebym odzyskała Mjölnir, legendarny młot. Jeśli zawiodę, wszyscy, których kocham, zginą. Ale Aric Erikson nie był częścią planu. Dziedzic wrogiego rodu. Zdystansowany, niebezpieczny i w pewien sposób… znajomy. Odgrodził się lodowym murem, a im głębiej próbuję go rozpracować, tym trudniej mi odróżnić, gdzie kończy się kłamstwo, a zaczynam ja. Od końca świata dzieli mnie tylko misja, na którą się nie pisałam, i mężczyzna, którego nigdy nie miałam pokochać. Ale jeśli ja jestem iskrą, może on jest lontem. A bogowie? Wkrótce się przebudzą. I będą wściekli. [opis wydawcy]
Uwielbiam klimaty nordyckie, więc powieść o córce Odyna, która musi odzyskać Mjolnir z rąk uśpionych Gigantów bardzo mnie ciekawiła. Miałam obawy i niestety po lekturze im więcej myślę o konkretnych elementach "Upadku bogów", tym bardziej jestem zdania, że można było napisać go lepiej.
Autorka pisze bardzo przystępnie, przez tę książkę się płynie bez wysiłku. Rozdziały z POV obojga głównych bohaterów bardzo szybko mijały i nie da się ukryć, że sprawnie podąża się za fabułą. Nordycka atmosfera również była na plus - w mojej głowie wizualizowały się kadry jak z serialu "Ragnarok" i łatwo było wyobrazić sobie poszczególne miejsca.
To teraz pora na przyczyny zawodu. Po pierwsze - bardzo chaotyczne przedstawienie świata, przeszłości bohaterów, ich zależności. Nie potrzeba wykładów z mitów, ale samo zarysowanie postaci, ich cech i powodów zachowań byłoby mocno na plus. W dodatku z jednej strony czuję niedosyt informacji, a z drugiej łatwo przyszło mi przewidzieć plot twisty.
Bohaterów nie jestem w stanie kupić. Długo żywiłam nadzieję, że się rozkręcą, szczególnie po pierwszych rozdziałach, ale miałam wrażenie, że ich droga to równia pochyła. I to stroma. Rey trafiła do akademii, w której miała niebezpieczną misję. Co chwilę mówiła lub było przytaczane jaka jest groźna/ dangerous woman, a gdy przychodziło co do czego, to wcale taka nie była. Praktycznie odkąd pojawił się Aric chciała się na na niego rzucić - i to nie by go dorwać, a raczej zerwać z niego ubrania.
Jak na romantasy, to ich relacja jest nieprzekonująca. Pełna luk, braku chemii i jakiejkolwiek logiki. I owszem - w miłości pragmatyzmu być nie musi, ale tu się wszystko działo tak od czapy...
Niestety, "Upadek bogów" to w moich oczach zmarnowany potencjał, który boli tym bardziej, że naprawdę chciałam go polubić. Może, jeśli szukacie czegoś totalnie lekkiego romansu w klimacie nordyckim, to będziecie ukontentowani, ale nie liczcie na perełkę...
Moja ocena: 4/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Spodobał się post? Skomentuj! :)